POWINOWACTWA NIE TYLKO LITERACKIE ~Z Klausem Staemmlerem rozmawia Zygfryd Szukaj~

KLAUS STAEMMLER odwiedził swoje rodzinne miasto - Bydgoszcz.

Dzień wcześniej wybitnemu tłumaczowi literatury polskiej na język niemiecki w auli Collegium Maximum Uniwersytetu im. A. Mickiewicza wręczono dyplom doktora honoris causa.

To wyraz uznania dla jego pracy translatorskiej. Dr Staemmler, specjalnie dla „Promocji...", mówi o swoich związkach z Bydgoszczą, Polską, o pracy przekładowej

26/05/2014 00:00
Zygfryd Szukaj
Odsłony: 873

KLAUS STAEMMLER odwiedził swoje rodzinne miasto - Bydgoszcz.

Dzień wcześniej wybitnemu tłumaczowi literatury polskiej na język niemiecki w auli Collegium Maximum Uniwersytetu im. A. Mickiewicza wręczono dyplom doktora honoris causa.

To wyraz uznania dla jego pracy translatorskiej. Dr Staemmler, specjalnie dla „Promocji...", mówi o swoich związkach z Bydgoszczą, Polską, o pracy przekładowej

 

-Zna Pan Bydgoszcz przedwojenną, czyste, pełne zieleni miasto... Jak wypadła konfrontacja rzeczywistości ze wspomnieniami?

-Dobrze, w każdym razie nie najgorzej. Urodziłem się tutaj przeszło siedemdziesiąt lat temu. Ojciec był lekarzem. Poszedłem zobaczyć ten dom na alei Mickiewicza, gdzie mieściła się jego klinika. Odnalazłem budynek prywatnego niemieckiego gimnazjum. Trafiłem na Rybi Rynek. Stoi tam jeszcze gmach polskiego gimnazjum, w którym zdawałem maturę. Synowi się też podobało. 

-Czy to nie sentyment za latami utraconego raju dzieciństwa skłonił Pana do zajęcia się literaturą polską? 

-Z sentymentu nic nie wynika. Takimi uczuciami nie kierują się też czytelnicy moich przekładów. Liczy się rynek, książka musi znaleźć nabywcę. Ale pierwsza nowela, jaką przetłumaczyłem, „Janko Muzykant" Sienkiewicza, była na pewno sentymentalna. Zrobiłem to zresztą dla żony zaciekawionej moją lekturą. Chciała wiedzieć, co czytam. 

-Od tego czasu przetłumaczył Pan, a co ważniejsze przedstawił niemieckiemu czytelnikowi, przeszło sto książek polskich autorów. Dwie kolejne są już w druku. Kto, dzięki Panu, zaistniał na tym rynku? 

-Wymienię parę nazwisk, zaznaczając, że tłumaczę głównie prozę. Są to: Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Brandys, Stanisław Lem, Zbigniew Herbert, Jan Józef Szczepański, Tadeusz Nowakowski, Kornel Filipowicz, Marek Nowakowski, Andrzej Szczypiorski. Tłumaczyłbym też Wisławę Szymborską, ale ona pisze wiersze! 

-Zatrzymajmy się przy Szczypiorskim. Jego „Początek”, nawiasem mówiąc lektura w klasie maturalnej przetłumaczony przez Pana jako „Piękna pani Seideman” zrobił w Niemczech karierę. Dostał nagrodę księgarzy. Dlaczego? 

-Bo to nie Jest pisarstwo hermetyczne, ale europejskie. Książka uzyskała przeszło dwieście tysięcy nakładu, w tym wydanie kieszonkowe. Tam obok złych Niemców są i dobrzy, obok dobrych Polaków - także źli. Szczypiorski jest prawdziwy. Potrafi zaskakiwać fabułą, intrygować. 

-Jacy pisarze, jakie pisarstwo ma szansę w Niemczech? 

-Wchodzą tu w grę dwa czynniki. Mogę powiedzieć, kto tych szans nie ma. Pisarze prowincjonalni, hermetyczni, pseudoawangardowi. Nie ma lepszego znawcy literatury niż rynek. Kiedyś popularny był u nas Jerzy Andrzejewski. Potem Stanisław Lem. Teraz Szczypiorski. To są wszystko wybitni pisarze. 

A Iwaszkiewicz? 

-W 1956 roku przetłumaczyłem jego „Kongres we Florencji. Potem wziąłem się nawet za powieść „Sława i chwała. Znalazłem wydawcę na pierwsze dwa tomy. Nie sprzedawały się jednak najlepiej. Epoka grubych powieści jest już za nami. Jako nowelista Iwaszkiewicz to pisarz europejski, w czołówce. Stale obecny w księgarniach. 

-Jak organizuje Pan sobie pracę przekładową? 

-Współpracuję z "Agencją Autorską". Czytam polską prasę literacką. Szczególnie wnikliwie recenzje, które niekiedy podają treść i problematykę omawianej książki. Niektórzy autorzy przysyłają mi swoje prace. Czytam je uważnie. Gdy tekst mi się podoba, przychodzi najtrudniejsze: znalezienie wydawcy. Szczypiorskiego na przykład proponowałem czterem, wszędzie odmowa. Tymczasem książka odniosła sukces. Trzeba być cierpliwym menedżerem. 

-Czy recenzje mają wpływ na poczytność literatury polskiej? 

-Mały. Na ogół autorzy polscy są dobrze recenzowani, ale źle się sprzedają. 

-Z pracy tłumacza nie można się więc utrzymać? 

-Oczywiście. To nie jest dochodowe. Pracuję jako księgarz. Uważam, że Polacy i Niemcy, Jako sąsiedzi, powinni się lepiej poznać. Ułatwi to wzajemne zrozumienie. Cóż lepiej służy poznaniu się między sobą niż literatura! Chcę pokazać swoim rodakom, że ludzie w Polsce myślą podobnie jak oni, odczuwają, kochają. Polska to nie żadna egzotyka. Między nami istnieje powinowactwo kultury, ducha, tradycji. Wskazują na to m. in. Szczepański, Nowakowski, Filipowicz. Są czytelni. 

-Miłosza nie ma w tej panoramie? 

-Dla czytelnika zachodniego jest to pisarz zbyt hermetyczny, mało komunikatywny. Rynek go nie przyjmuje. U was też w literaturze zaczyna decydować rynek. Musi, rzecz Jasna, funkcjonować również mecenat. W Niemczech wydano w ten sposób „Dziady” Mickiewicza w nakładzie pół tysiąca egzemplarzy. Przez parę lat nie rozeszło się nawet pięćdziesiąt. 

-Zgoda, czytelnik decyduje i ma prawo wyboru. 

-Literatura jest do czytania, nie edukowania czy upolityczniania. Najlepiej sprzedaje się średniej wielkości powieść, dobry tytuł, frapująca akcja, ciekawa okładka, łatwe w wymowie nazwisko. Takie są realia. Liczę się z nimi Jako tłumacz. 

-Co znaczy dobrze przetłumaczyć książkę, dla Pana? 

-Nie podzielam zdania tych, którzy mówią, że tłumaczenie należy dostosować do specyfiki odbiorcy. Przetłumaczyć, czyli napisać na podstawie oryginału, dokładnie, wiernie, w swoim Języku. To nie interpretacja ani egzegeza, ale przekładanie. 

-W tej trudnej i tak potrzebnej obu narodom pracy życzymy powodzenia.

http://tmn.bydgoszcz.pl/images/images_news/klaus%20staemmler.jpg